Pomyślnie zasubskrybowałeś Blog filozoficzny
Wspaniale! Następnie zakończ płatność, aby uzyskać pełny dostęp do Blog filozoficzny
Witamy spowrotem! Logowanie powiodło się.
Success! Your account is fully activated, you now have access to all content.
Success! Your billing info is updated.
Billing info update failed.
Krytyka w Internecie

Krytyka w Internecie

. 4 min czytania

Witold Gombrowicz nie był jednym z tych pisarzy, którzy pokornie i cicho znoszą wszelką krytykę. Nie zgadzał się na uległą rolę wobec krytyki literackiej. Kiedy krytycy nie radzili sobie z jego dziełami, tłumaczył w "Dzienniku", jak powinno się je odczytywać. Z kolei, kiedy jakiś krytyk wypowiedział głupotę albo złośliwość na temat jego twórczości, potrafił odpowiedzieć tak, że niejeden z tych nieszczęśliwców musiał oblać się rumieńcem wstydu. Jedną z takich sytuacji opisał Gombrowicz w następujący sposób:

"Parę lat temu pewien znany publicysta skarcił mnie w prasie krajowej, że mój ‘Dziennik’ okropnie prowincjonalny… że to właściwie tylko ‘nieustające wariacje na temat: Polska i ja’... Przetarłem oczy – czy w pijanym widzie ten człowiek, przecież nie wiem czy 10% dziennika jest o sprawach polskich – aż wykombinowałem, że on przeczytał kilka fragmentów w ‘Kulturze’, które były akurat o Polsce, i z tej obgryzionej kości wyimaginował sobie całego zwierzaka."

Podobna sytuacja miała miejsce kiedy pośmiertnie opublikowano dzienniki Jana Lechonia, znanego polskiego poety. W nich znaleźć można było nieprzychylne wpisy na temat literatury Gombrowicza. Autor "Ferdydurke" był skonsternowany, ponieważ korespondował z Lechoniem. Posiadał listy, gdzie ten wypowiadał się o jego dziełach w samych superlatywach. Jak zatem się to stało? Konkluzja Gombrowicza pokrywała się z poprzednią:

"Dlaczego zmienił zdanie? Dlatego, że nigdy go nie miał. Dlaczego nie miał? A bo nie przeczytał. Zastanawiałem się czasem, jak to się dzieje, iż studenteria niewypierzona wcale nieźle daje sobie radę z zawartością moich utworów, gdy literaci fachowi mówią same głupstwa. Student czyta, w tym rzecz – literat przegląda, kartkuje, obwąchuje…"

Znam te fragmenty od lat, dlatego nie zaskoczyła mnie ostatnia sytuacja, która wydarzyła się w związku z blogiem. Otóż jeden z internautów, po przeczytaniu jednego z moich "artykulików" na tym "podłym blogu" zamieścił taki oto gniewny, złośliwy komentarz:

"[…] mam ochotę trzasnąć drzwiami, użyć kilku wulgaryzmów i wyprosić [tę] osobę, […] ze sfery publicznej, grona osób wykształconych i kulturalnych, a także nigdy więcej o kimś takim nie wspominać."

Inni internauci zaczęli dopytywać się o bardziej szczegółowe powody odsądzania autora od czci i wiary. Okazało się, że ów "krytyk" nie przeczytał w ogóle wpisu… po prostu nie spodobał mu się pierwszy akapit, z którego zrekonstruował resztę treści. I na podstawie takiego pobieżnego, fragmentarycznego odczytywania tekstu pozwolił sobie na niezwykle ostry i zjadliwy komentarz. Dokładnie ta sama sytuacja jaka spotkała Witolda Gombrowicz. Po zrozumieniu swojego błędu, autor krytycznego komentarza przeprosił.

Mam nadzieję, że z czasem dorobię się tego luksusu, aby mieć krytyków, którzy czytają moje teksty… że wszelkie komentarze kierowane w moją stronę będą wynikiem pełnej lektury i rzetelnego wysiłku umysłowego. Co jednak skłania ludzi do fabrykowania bezmyślnych, negatywnych komentarzy? Jaki mechanizm wewnętrzny pozwala im na gwałtowne potępianie tego, co im nieznane, czego nie rozumieją, czego nie przetrawili?

Czy to dlatego, że każdy z nas dąży do zaspokojenia popędów? Jednym z nich jest potrzeba wypowiedzenia się, przekazania innym przejawów życia wewnętrznego – opinii, myśli i przeżyć. Widać to podczas każdego spotkania towarzyskiego. Uginające się pod ciężarem półki w księgarniach stanowią na to dowód. Często popęd ten nie jest hamowany przez brak zrozumienia lub wiedzy. To sprawia, że osoba, która ma nikłe pojęcie na dany temat, potrafi ostro i z pewnością siebie wypowiadać o nim własne zdanie. Jest to pójście na skróty przez pole intelektu.

To jednak nie tłumaczy częstej zjadliwości internetowych opinii. Zjawisko to jest tak częste w Internecie, że otrzymało swoją nazwę - "hejt". Często używane w ostatnich czasach stwierdzenie - "wylała się fala hejtu" świadczy, że jest ono powszechne. Jaka matka wydaje na świat to pożałowania godne grono "hejterów"? Odpowiedź jest bardzo prosta – frustracja. Z dnia na dzień kumuluje się w nich negatywna, destrukcyjna energia, która domaga się ujścia. Internet, w którym wypowiedzieć można się na ogół bez żadnych konsekwencji, stanowi świetny wentyl dla tego zatęchłego powietrza. I zamiast rzucić talerzem o ścianę, walnąć pięścią w stół albo (skrajnie) wdać się w awanturę na ulicy, wielu wybiera zjadliwe, agresywne krytykowanie innych w przestrzeni, gdzie (tylko pozornie) jesteśmy anonimowi.

Problem leży w tym, że destrukcja w Internecie jest prawdziwa. Pisząc mój artykuł włożyłem w to rzetelny wysiłek umysłowy, poparty solidną, wieloletnią pracą na rzecz przyzwoitego rozwoju duchowego. Kiedy ktoś agresywnie atakuje moją pracę, na podstawie pobieżnej, płytkiej lektury, to jest to tak samo lub nawet bardziej destruktywne niż niszczenie mienia. Wyrwane lusterko samochodu stojącego pod blokiem można naprawić stosunkowo niewielkim kosztem. Zwalczanie płodów konstruktywnego, rzetelnego i dojrzałego procesu umysłowego jest daleko większym aktem wandalizmu. Jest to destrukcja znacznego kalibru, sięgająca do głębi.

Mogę oczywiście zapewniać siebie i innych, że mnie te komentarze nie obchodzą. Prawdą jest jednak, że sięgają do wewnątrz, dotykają głęboko. I to właśnie te najbardziej cyniczne i złośliwe opinie uderzają najsilniej – najbardziej złoszczą.

Jak sobie z tym radzić? Obecnie nie widzę dobrego rozwiązania. Internet to otwarte medium, gdzie każdy może pisać, co mu ślina na język przyniesie. Jeżeli dodać do tego anonimowość i oddalenie w przestrzeni (które zapewniają bezkarność), to stanowi on doskonałe pole do nieodpowiedzialnego wylewania frustracji. Rozwiązaniem byłoby ograniczenie którejś z tych właściwości – to jednak podkopałoby fundamentalne założenia Internetu. Jedyną możliwością zatem jest czekać, aż internetowa społeczność stanie się cywilizowana. Wówczas wszelkie przejawy "hejtu" będą stanowczo i bezwzględnie tępione. Rozwiązaniem na teraz jest po prostu trzymać gardę w górze i jej nie opuszczać, aby nie dać się zaskoczyć. Gdzieś tam, w odległości kilkuset kilometrów łącz i przełączników, czeka ktoś w kim kipi frustracja. I kto wie, czy właśnie teraz jego ręka nie wisi nad przyciskiem "enter", aby za chwilę wysłać złośliwy, anonimowy komentarz, który wkrótce w kogoś uderzy i zaboli.

Michał Sykutera

Pasjonuję się filozofią, ale nie tą ciężką jak hipopotam i toporną jak radziecka ciężarówka. Przeciwnie – tą, która jest przejawem inteligencji, polotu i swobody duchowej wobec spraw najistotniejszych.

Media społecznościowe